- Larry zadzwonię do ciebie, za chwile - rozłączyłem się i spojrzałem na nią, patrzyła w stronę okna, spokojna, coraz częściej łapałem się na tym, że myślałem o tym jaka jest ładna. Drobna blondynka, jej buzia była niewinna, nie można było po niej poznać ile już przeszła, chociaż ma dopiero 23 lata. Młoda, bystra, nie dała sobie w kasze dmuchać, imponowało mi to nawet, miała jaja, nie żebym gustował w takich, stanowiła nowość w moim życiu i stąd moje większe zainteresowanie. - Jesteś pewna? Daliśmy ci więcej czasu.
- Ale ja nie nam więcej czasu. Bez tego podpisu nie dostałabym pierwszej transzy, a nie mogę dłużej czekać. Ona umiera i chce wykorzystać każda szanse, żeby wypieprzyć śmierć, która ciągle mi pokazuje znikający piasek w klepsydrze.
- Zaraz przeleje pieniądze na ten numer konta, który mi podałaś. Julia? - hm? - Boisz się?
- Jak cholera - spojrzała na mnie, dopiero gdy to powiedziała, zrozumiałem, że jej oczy ciągle to mówią, to było coś co jej nie opuszczało, strach.
Bała się od lat, o swoja matkę, teraz boi się to co stanie się już niedługo. Po podpisaniu przez nią umowy, Val miała zaraz zadzwonić do kliniki, by ja zbadali, przygotowali, oraz rzecz jasna zapłodnili. Nie znałem się na tym wszystkim, interesował mnie tylko efekt końcowy.
- Jeśli to jakieś pocieszenie, to ja też się boje. - Odpowiedziałem po chwili namysłu i było to zgodne z prawda.
- To nie ty będziesz odpowiedzialny za kogoś przez 9 miesięcy.
- Ja będę za kogoś odpowiedzialny do końca swojego życia. - Uświadamiając to sobie i na mnie spłynął strach. Zacząłem się zastanawiać czy ja i Val nadajemy się na rodziców. Ja mam swoja pasje, muzykę, zespół nie zrezygnuje dla pieluch. Val lubiła łatwe życie, nie pracowała, więc tym bardziej ja nie mogłem zrezygnować, bo ktoś musiał przynosić pieniądze do domu. Nie brakowało nam ich, mieliśmy kasy na tyle dużo by nie wiedząc co z nimi zrobić, postanowiliśmy kupić sobie dziecko. Do końca nie byłem przekonany czy było nam do czegokolwiek potrzebne. Ale bez tego nie byłoby Juli, a to dzięki niej poczułem coś, czego nie czułem już od dawna, żyje. Jestem w takim momencie życia w którym osiągnąłem już wszystko co chciałem. Byłem spełniony co nie ułatwiało sprawy. Piękny dom, kasa na koncie, żona niczego sobie, ale do tego wszystkiego wkrada się monotonność, czyli coś czego szczerze nie znosiłem. Życie mam jedno i chce je przeżyć próbując wszystkiego. Wiele już narobiłem za młodu, jednak jeden element w moim życiu został niezmienny, moja zona. Miałem wrażenie ze znam ja od zawsze, chociaż robiłem okropne rzeczy jej i innym ona była, niezmiennie. A ja czasem wystawiłem ja na na prawdę ciężkie próby, w trasie nie było dnia żebym nie zaliczył jakiejś laski, same się pchały, byłem młodszy i głupszy to korzystałem bez namysłu. Nie mam tylko pewności czy to nie dawało mi już takiej satysfakcji, czy po prostu zrobił się ze mnie francuski piesek i czekałem na lepsza zdobycz niż laska po koncercie, która sama rozkłada przede mną nogi. Jestem facetem muszę zdobywać, walczyć o to co chce, nie wiecznie dostawać wszystko na tacy. A Julia właśnie taka była. Dziewczyną nie do zdobycia, ja chciałem to zmienić. Val i tak będzie, nieważne co zrobię ona po prostu była, jest i będzie obecna w moim życiu. Kochałem ja, ale to nie miało większego znaczenia, bo właśnie... kochałem, coraz częściej łapałem się na tym, że mówiłem w czasie przeszłym, dziwne. A ona? Sam nie wiem, czy była ze mną bardziej z potrzeby serca, czy potrzeby wygodnego życia. Nie marudzę jednak, tak chciałem to mam.
- Kochanie, gdzie jest Julia? - moja zona wyrwała mnie z kompletnego zamyślenia, rozejrzałem się, dopiero co siedziała przede mną i mówiła o strachu. Wyłączyłem się, może mi mówiła, ja nie słyszałem. Val patrzyła na mnie, pewnie miałem otwarta gębę, zawsze ja otwieram gdy zatracam się w myślach. Nie wiem czemu, czekam aż ktoś mi coś do tego ryja wsadzi czy co?
- Rozmawiałem z nią, a potem zniknęła, zamyśliłem się i nie wiem.
- Zadzwonię do niej, nie wiesz czy już podjęła decyzje?
- Podpisała papiery, może pojechała do mamy. - Nadal się zastanawiałem gdzie zniknęła.
- Dobrze, że tak szybko podjęła decyzje, zadzwonię do kliniki, a ty prześlij jej tą część pieniędzy, które chciała. - Wzięła z lodówki jogurt i poszła z telefonem na taras.
Ubrałem dresy, wsadziłem słuchawki w uszy i włączyłem to co w nocy nagrałem z Julia, miałem to jeszcze dopieścić, chciałem spędzić z nią więcej czasu w studiu. Biegłem przed siebie starając się nie widzieć jej, na próżno. Odkąd nie chciała mnie puścić przed swoim domem, pocałowała mnie w policzek i spojrzałem dziś rano w jej oczy i pojąłem co się w nich kryje, przepadłem. Jak jebana śliwka w kompot, nie chciałem.
Ubrałem dresy, wsadziłem słuchawki w uszy i włączyłem to co w nocy nagrałem z Julia, miałem to jeszcze dopieścić, chciałem spędzić z nią więcej czasu w studiu. Biegłem przed siebie starając się nie widzieć jej, na próżno. Odkąd nie chciała mnie puścić przed swoim domem, pocałowała mnie w policzek i spojrzałem dziś rano w jej oczy i pojąłem co się w nich kryje, przepadłem. Jak jebana śliwka w kompot, nie chciałem.
~~~
Nie sądziłam, że mnie nie słyszał, ale tak właśnie było, a ja zorientowałam się o tym dopiero gdy powiedziałem, że wychodzę i nie zareagował. Zdążyłam się jeszcze przebrać, wejść do kuchni po mała butelkę wody, której zapas trzymali w lodówce, spytałam czy mogę, dalej nie reagował. Wzięłam co chciałam i wyszłam. Jake jechał spokojnie, podwiózł mnie do szpitala, ciągle mówił o tym, że nie powinnam się godzić. Te słowa wpadały jednym uchem i wypadały drugim.
- Mam już część pieniędzy Jake - powiedziałam, gdy zatrzymał się na szpitalnym parkingu.
- Zgodziłaś się na to, nie mogę uwierzyć, Julia, nie musiałaś - warknął na mnie, przez moment byłam zdezorientowana, nigdy tak nie robił. Zawsze uważałam go za oazę spokoju.
- Musiałam, to nie twoja mama umiera na twoich oczach, nie w twoja mamę wpychają chemię, jak cukierki w małe dziecko. Nic nie rozumiesz.
- Może i nie, ale wiem, że to co robisz nie zaprowadzi cię do niczego dobrego. Powinnaś się zająć wyjaśnieniem śmierci swojego ojca, a mama, Julia kiedyś będziesz musiała pozwolić jej odejść.
Nie wytrzymałam, wysiadłam z samochodu i trzasnęłam drzwiami, niewiele brakowało, żebym trzasnęła go w twarz, no co za ... kipiałam ze złości, jak mógł tak powiedzieć, zna mnie od 5 lat i od samego początku naszej znajomości wiedział z czym zmagam się każdego dnia. Zawsze mnie wspierał a teraz co, odwidziało mu się? Dupek, każdy facet to dupek, mój ojciec był dupkiem, faceci w barze to już wręcz kutasy, ale Matt też zakrawa o bycie dupkiem roku, chociaż ... muszę mu trochę odpuścić. W sytuacji absolutnie popieprzonej zachował się jak mężczyzna, a to już coś.
Weszłam na jej salę, dziś wyglądała dużo lepiej. Inni widzieli w niej już tylko cień człowieka, ja kobietę dzięki której jestem tu teraz i zrobię wszystko by ją przy sobie zatrzymać. Dla mnie ciągle była tą blond mamą, która chodziła zawsze w sukienkach, zwiewnych, kwiecistych i podkreślającej mocno jej wąską talie. Wieczorami kiedy ojciec zasypiał pijany i nie awanturował się już, moja mama siadała na moim łóżku i zaplatała dwa równe warkocze z moich włosów. Wygodniej mi się wtedy spało. Lubiłam jej dotyk, miała zawsze ciepłe dłonie, były smukłe, uwielbiałam przykładać swoją małą dziecięcą dłoń do jej i pytać kiedy sama będę miała taką. Zawsze odpowiadała "jeszcze masz czas żeby dorosnąć słoneczko, korzystaj z bycia dzieckiem ile wlezie" uśmiechała się, a ja do tej pory pamiętam jak z czasem do jej uśmiechu w gratisie była rozwalona warga, podbite oko, przecięta skóra na skroni, kiedy ojciec pchnął mamę na regał. Później nie miała swoich włosów, jej twarz traciła blask i zdrowy wygląd. Z czasem była już szara, zmęczona, moja mama w ciągu kilku miesięcy od diagnozy była starsza o minimum 20 lat. Całe szczęście przez te wszystkie lata kiedy chorowała, nie ubyło jej kolejne 20. Zatrzymała się, teraz nie jej ciao się zmieniało, a dusza... dzień po dniu było jej coraz mniej. Po remisji gdy wracała do szpitala miała jeszcze siłę, zdobyła ją w domu, kiedy o nią dbałam. Po kilku tygodniach, kiedy rak nie odpuszczał, traciła wszystkie swoje zapasy nadziei, teraz była na tym etapie gdy nie wierzy już w nic.
Uśmiecha się na mój widok, odwzajemniam to. Siadam na łóżku jak zawsze i łapie ją za rękę.
- Moja mała - ona też tak do mnie mówi, to czułe, cudowne, zawsze byłam dla niej "moja mała" nieważne czy coś zbroiłam, czy byłam aniołkiem. Gdy miałam poważne kłopoty, wtedy byłam Julią... tak to oznaczało szlaban przez tydzień. Całe szczęście to nie zdarzało się zbyt często, a najgorszą rzeczą jaką zrobiłam w życiu było wytaplanie w błocie prania, które nasza sąsiadka wywiesiła na dworze. Mogła się nie wtrącać w moją zabawę, według niej ja i kilka moich koleżanek za głośno skakałyśmy w gumę, liczenie " raz, dwa, trzy" przez 5 latki to tyle decybeli, że jej stary łeb był bliski eksplozji, przynajmniej tak to sobie wyobrażałam. Bo mówiła "nie drzyjcie się tak, łeb mi pęka" do dziś żałuje, że jednak jej nie pękł i przyszła na skargę do mojej mamy. Chciała czy nie chciała, ukarała mnie, bo przegięłam. Albo zrobiła to, żeby tamto babsko dało wreszcie spokój, widząc, że rodzice jednak mnie jakoś wychowują.
- Cześć mamo, dobrze dzisiaj wyglądasz
- Za to ty, czy ty w ogóle śpisz? Prosiłam, mówiłam, groziłam... mi się tu nic nie dzieje, możesz spokojnie wrócić do domu, przespać, się. Julia, wiem, że zemdlałaś, nie dbasz o siebie.
- Nic mi nie jest, wiesz, że graliśmy ten koncert, potem nie spałam i poszłam do pracy znów na noc, trochę przegięłam, ale to był jeden raz, taki incydent. To się więcej nie powtórzy, słowo.
- Na co mi twoje słowo kochanie, martwię się i koniec. Proszę odpocznij, jeśli nie dla siebie, to zrób to dla mnie.
- Ej to jest za mocny argument...
- Wiem, że dla mnie zrobisz wszystko, tak jak ja dla ciebie. Oczywiście gdyby nie zżerał mnie rak i miałabym siłę chociaż podnieść mały palec. - Mimo gorzkich słów, nadal się uśmiecha. To zdecydowanie dobry dzień, takie chcę już zawsze. Bo teraz wiedziałam, że jest na to szansa.
- Jutro dostaniesz nowy lek, może do końca roku wydobrzejesz, wtedy cię zabiorę gdzieś, gdzie tylko będziesz chciała.
- Do domu Julia, chcę tylko domu. Co u taty?
,
Ma się świetnie, pewnie jest już po sekcji zwłok... przecież ja muszę go pochować. Nie dzwonili jednak do mnie jeszcze z policji, nie wiedziałam nic poza tym co padło z ust Matta, gdy kazał mi pakować swoje rzeczy. Jednego dnia moje życie zmieniło się tak bardzo, że normalny człowiek pewnie byłby już w kaftanie bezpieczeństwa, jednak ja przyjmowałam ze spokojem to, że wrócę wieczorem do obcego domu, do obcych ludzi, spędzę noc w pokoju który dla mnie przygotowali, a za kilka miesięcy urodzę im dziecko i zniknę. Chociaż gdzieś cząstka mnie miała nadzieję, że nie trzeba będzie znikać...
- Może i nie, ale wiem, że to co robisz nie zaprowadzi cię do niczego dobrego. Powinnaś się zająć wyjaśnieniem śmierci swojego ojca, a mama, Julia kiedyś będziesz musiała pozwolić jej odejść.
Nie wytrzymałam, wysiadłam z samochodu i trzasnęłam drzwiami, niewiele brakowało, żebym trzasnęła go w twarz, no co za ... kipiałam ze złości, jak mógł tak powiedzieć, zna mnie od 5 lat i od samego początku naszej znajomości wiedział z czym zmagam się każdego dnia. Zawsze mnie wspierał a teraz co, odwidziało mu się? Dupek, każdy facet to dupek, mój ojciec był dupkiem, faceci w barze to już wręcz kutasy, ale Matt też zakrawa o bycie dupkiem roku, chociaż ... muszę mu trochę odpuścić. W sytuacji absolutnie popieprzonej zachował się jak mężczyzna, a to już coś.
Weszłam na jej salę, dziś wyglądała dużo lepiej. Inni widzieli w niej już tylko cień człowieka, ja kobietę dzięki której jestem tu teraz i zrobię wszystko by ją przy sobie zatrzymać. Dla mnie ciągle była tą blond mamą, która chodziła zawsze w sukienkach, zwiewnych, kwiecistych i podkreślającej mocno jej wąską talie. Wieczorami kiedy ojciec zasypiał pijany i nie awanturował się już, moja mama siadała na moim łóżku i zaplatała dwa równe warkocze z moich włosów. Wygodniej mi się wtedy spało. Lubiłam jej dotyk, miała zawsze ciepłe dłonie, były smukłe, uwielbiałam przykładać swoją małą dziecięcą dłoń do jej i pytać kiedy sama będę miała taką. Zawsze odpowiadała "jeszcze masz czas żeby dorosnąć słoneczko, korzystaj z bycia dzieckiem ile wlezie" uśmiechała się, a ja do tej pory pamiętam jak z czasem do jej uśmiechu w gratisie była rozwalona warga, podbite oko, przecięta skóra na skroni, kiedy ojciec pchnął mamę na regał. Później nie miała swoich włosów, jej twarz traciła blask i zdrowy wygląd. Z czasem była już szara, zmęczona, moja mama w ciągu kilku miesięcy od diagnozy była starsza o minimum 20 lat. Całe szczęście przez te wszystkie lata kiedy chorowała, nie ubyło jej kolejne 20. Zatrzymała się, teraz nie jej ciao się zmieniało, a dusza... dzień po dniu było jej coraz mniej. Po remisji gdy wracała do szpitala miała jeszcze siłę, zdobyła ją w domu, kiedy o nią dbałam. Po kilku tygodniach, kiedy rak nie odpuszczał, traciła wszystkie swoje zapasy nadziei, teraz była na tym etapie gdy nie wierzy już w nic.
Uśmiecha się na mój widok, odwzajemniam to. Siadam na łóżku jak zawsze i łapie ją za rękę.
- Moja mała - ona też tak do mnie mówi, to czułe, cudowne, zawsze byłam dla niej "moja mała" nieważne czy coś zbroiłam, czy byłam aniołkiem. Gdy miałam poważne kłopoty, wtedy byłam Julią... tak to oznaczało szlaban przez tydzień. Całe szczęście to nie zdarzało się zbyt często, a najgorszą rzeczą jaką zrobiłam w życiu było wytaplanie w błocie prania, które nasza sąsiadka wywiesiła na dworze. Mogła się nie wtrącać w moją zabawę, według niej ja i kilka moich koleżanek za głośno skakałyśmy w gumę, liczenie " raz, dwa, trzy" przez 5 latki to tyle decybeli, że jej stary łeb był bliski eksplozji, przynajmniej tak to sobie wyobrażałam. Bo mówiła "nie drzyjcie się tak, łeb mi pęka" do dziś żałuje, że jednak jej nie pękł i przyszła na skargę do mojej mamy. Chciała czy nie chciała, ukarała mnie, bo przegięłam. Albo zrobiła to, żeby tamto babsko dało wreszcie spokój, widząc, że rodzice jednak mnie jakoś wychowują.
- Cześć mamo, dobrze dzisiaj wyglądasz
- Za to ty, czy ty w ogóle śpisz? Prosiłam, mówiłam, groziłam... mi się tu nic nie dzieje, możesz spokojnie wrócić do domu, przespać, się. Julia, wiem, że zemdlałaś, nie dbasz o siebie.
- Nic mi nie jest, wiesz, że graliśmy ten koncert, potem nie spałam i poszłam do pracy znów na noc, trochę przegięłam, ale to był jeden raz, taki incydent. To się więcej nie powtórzy, słowo.
- Na co mi twoje słowo kochanie, martwię się i koniec. Proszę odpocznij, jeśli nie dla siebie, to zrób to dla mnie.
- Ej to jest za mocny argument...
- Wiem, że dla mnie zrobisz wszystko, tak jak ja dla ciebie. Oczywiście gdyby nie zżerał mnie rak i miałabym siłę chociaż podnieść mały palec. - Mimo gorzkich słów, nadal się uśmiecha. To zdecydowanie dobry dzień, takie chcę już zawsze. Bo teraz wiedziałam, że jest na to szansa.
- Jutro dostaniesz nowy lek, może do końca roku wydobrzejesz, wtedy cię zabiorę gdzieś, gdzie tylko będziesz chciała.
- Do domu Julia, chcę tylko domu. Co u taty?
,
Ma się świetnie, pewnie jest już po sekcji zwłok... przecież ja muszę go pochować. Nie dzwonili jednak do mnie jeszcze z policji, nie wiedziałam nic poza tym co padło z ust Matta, gdy kazał mi pakować swoje rzeczy. Jednego dnia moje życie zmieniło się tak bardzo, że normalny człowiek pewnie byłby już w kaftanie bezpieczeństwa, jednak ja przyjmowałam ze spokojem to, że wrócę wieczorem do obcego domu, do obcych ludzi, spędzę noc w pokoju który dla mnie przygotowali, a za kilka miesięcy urodzę im dziecko i zniknę. Chociaż gdzieś cząstka mnie miała nadzieję, że nie trzeba będzie znikać...
Smutne, a zarazem pieknie napisane wszystko! *_*
OdpowiedzUsuńTaki komplement *_*
OdpowiedzUsuńZgadzam się z Asią, smutne :( Jakoś mi w tym rozdziale Matt zginął. Ważniejsze było uczucie jakie łączy J. i jej mamę. Dlaczego mam jakieś dziwne wrażenie, że to nie skończy się dobrze? J. musiała dorosnąć o wiele za szybko. Za dużo spraw spadło jej na głowę. Jak teraz poradzi sobie jeszcze z dzieckiem? I sorry, nie uwierzę, że ona będzie w stanie tak po prostu oddać dzidziusia, nie i już. Ma zbyt duże serce, za bardzo przywiązuje się do osób, które są częścią jej serca. A maleństwo na pewno skradnie bardzo dużą jego część.
OdpowiedzUsuńMatt. No kurde Matt. Widać przecież, że koń Ci zwisa. O___o dwuznacznie zabrzmiało, okeeeej. Ale wiadomo o co chodzi. Val jest tu potrzebna jak piąte koło u wozu. Jestem pewna, że chce dziecka tylko po to, żeby zatrzymać przy sobie Sandresa. Ha, taki wał! Julia już mu pokaże gdzie jego miejsce :3
"Chociaż gdzieś cząstka mnie miała nadzieję, że nie trzeba będzie znikać... " NIGDZIE NIE PÓJDZIESZ!!! BĘDZIE LOVE, JEDNOROŻCE I SERDUSZKA! Wystarczająco mocno to podkreśliłam? :D
Czekam na kolejny. I ja się nie zgadzam na kubeczki! Jak po bożemu to na misjonarza i dawaaaaaaj :D
Buziole, Pat :***
Jak to się nie skończy dobrze? Kasa jest, leki są :) No dzidziusia odda, wyjścia nie ma, ale czy to będzie łatwe? Nic nie jest łatwe, oddanie dziecka i Matta w komplecie, będzie arcy trudne.
UsuńKoń zwisa, grzywa zwisa, wszystko zwisa i nie wstanie ]:-)
Jak Sandersowi dokleisz róg to będzie jednorożec :D
:***** pod koniec tygodnia kolejne ;>
Prawda jest taka, że bardzo trudno czytało mi się ten rozdział z osobistych względów. J stała mi się przez to bliższa, podoba sytuacja na niektórych płaszczyznach sprawiła,że strasznie to wszystko realistyczne.
OdpowiedzUsuńTeraz się martwię, czy dalszy bieg wydarzeń, nie sprawi, że będzie Ci smutno, a tego bym nie chciała. Bardzo bym nie chciała!
Usuń:* (mocno ściskam raz jeszcze i trzymam kciuki)