piątek, 15 sierpnia 2014

8. Wcale nie chciałam...

    Parę dni później  było jasne, że mój tata się wykrwawił, bo żaden z ciosów nie mógł być śmiertelny. Wcale nie czułam ulgi, w żadnym razie nie było mi też lżej, że człowiek, który spaprał mi część życia, nie umarł z przepicia na kanapie, co obstawiałam za jedyny możliwy scenariusz, a wykrwawił się na śmierć. Uprzedziłam mamę, że dzisiaj przyjadę do niej po południu. Skłamałam, mówiąc, że w końcu odeśpię. Prawda była jednak inna, dzisiaj był pogrzeb mojego ojca. Stałam w pokoju, ubrana w ciemną, krótką spódniczkę, czarna bluzkę na ramiączkach i czarny sweterek. Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. 

- Proszę
  Do pokoju zajrzał Matt, wyglądał dziś inaczej, miał czarna koszule, dopasowana do jego nietypowej budowy ciała. Dopiero teraz tak na prawdę pojęłam jak szeroki jest na gorze, a jak wąski na dole. Jego spodnie też odbiegały od przyjętej przez niego normy, czyli dresowych spodni jak dla koszykarza, lub w najlepszym przypadku ciemnych dżinsów. Na górze jednak nic się nie zmieniło, nadal były tam nieułożone resztki włosów. Nie rozumiem o co mu chodzi z tymi kudłami, ale w sumie jego głowa, jego sprawa. 

- Jesteś gotowa? Powinniśmy wychodzić. 

- Też gdzieś idziesz? - zapięłam ostatni guzik w swetrze. 

- Julia, zawiozę cię na pogrzeb, nie powinnaś być sama. 

- Może będzie Jake. - Nie miałam pewności, bo od mojego napadu gniewu, rozmawialiśmy raptem raz. Bynajmniej nie o tym, że powinien mnie przeprosić i wspierać, a nie wkurwiać. 

- Chodź, jeśli będzie Jake to tym lepiej, będzie nas więcej. Czekam w samochodzie. 
  
   I po dyskusji, odkąd poszliśmy na badania siedzieliśmy i czekaliśmy na swoja kolej zaczął mnie traktować jak dziecko. Nie wiem o co mu chodziło. Ciągle zasypywał mnie pytaniami o to jak się czuje, czy chce wodę, czy może tamto i owamto. Skończyło się obrazą majestatu, bo zaczęłam do niego mówić "nie tato", "dziękuje tato".
- Dobrze tato - powiedziałam gdy się odwrócił i wychodził z pokoju. Ciężko westchnął. A ja z uczuciem wielkiej radości, jaka dawało mi wkurwienie go, omal nie podskoczyłam z radości. Tego jednak nie zrobiła, ale zaklaskałam w dłonie gdy już zniknął mi z pola widzenia. 

   Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze ostatni raz, wzruszyłam ramionami nie widząc w sobie niczego nieodpowiedniego. Poszłam przed dom, ruszyłam w drogę, wyleciało mi z głowy, że on na mnie czeka. Wyjechał z garażu i zajechał mi drogę, wystraszyłam się, podskoczyłam i popukałam w czoło. Wsiadłam do jego samochodu i zapięłam pasy, ruszył z piskiem opon. 

- Czemu jesteś zły? - To wywnioskowałam z jego zachowania. 

- Nie jestem zły, tylko nie chcę żebyś się spóźniła. 

- A twoja żona? - Nie było jej w aucie.

- Przecież nie wie co się stało, miałem ja zaprosić? 

- No nie.

   Więcej nie rozmawialiśmy, zatrzymał się przed cmentarzem. Przy swoim samochodzie czekał Jake. Wiedziałam, że mnie nie zawiedzie, a SMS z informacja gdzie i kiedy odbędzie się ceremonia dotarła bez problemu, chociaż obawiałam się, że nie doszła wcale. Mocno mnie przytulił, chyba on bardziej tego potrzebował niż ja. Albo sadził, że tak należy zrobić, bo przecież straciłam ojca. To nic, że on nie istniał dla mnie od wielu lat. Było mi jedynie szkoda, bo zmarł w taki sposób, wystarczyło dźgnąć raz a dobrze, a nie robić z niego sita.

- Co on tu robi? - wyszeptał mi do ucha. Jego czuły gest, okazał się po prostu dobra okazja do wypytania mnie po cichu, co Matt robi ze mną.
- Przywiózł mnie, a ponieważ tamtego dnia też był ze mną, postanowił zachować się przyzwoicie. A teraz mnie puść, bo zaraz cie kopnę w jaja. - puścił bez chwili namysłu, cenne orzeszki. 

- Cześć - Matt wyciągnął rękę do mojego przyjaciela, żeby się przywitać. - Julia miała nadzieję, że będziesz. 

- Jestem jej przyjacielem, nie mógłbym jej zostawić w takim dniu - nie podał mu ręki. 

- Z tego co mi wiadomo, to jako jej przyjaciel, nie pomagasz jej w niewygodnej dla ciebie sytuacji. 

- Niewygodnej? Kupiliście ją sobie jak przedmiot i niestety wiem, że w taki właśnie sposób ją potraktujecie. 

- Dlatego właśnie nie zrobiłeś nic żeby wybić jej z głowy ten pomysł? A gdy dowiedziałeś się o podjętej przez nią decyzji, po prostu wziąłeś dupę w troki i zostawiłeś ją.  Przyjaciel.

- Jeśli znudzi wam się wasza samcza rywalizacja, to będę w kaplicy. - Nie mogłam tego dłużej słuchać, jeden mądrzejszy od drugiego. 
  
  Kaplica była niewielka, na środku stał katafalk a na nim urna wśród kwiatów, zamówiłam dużo czerwonych róż. Niedługo później usiadł obok mnie Jake, nie widziałam Matta. Pomyślałam, że chyba błędem było zostawienie ich samych, bo istniało duże prawdopodobieństwo, że doszło do rękoczynów. Odwróciłam się w lewo, nie ma go, w prawo, siedział na tylnych ławkach. Machnął do mnie ręką, uśmiechnęłam się do niego i odwróciłam by znów patrzeć na urnę ojca. 
  Cała szopka trwała krótko. Facet z zakładu pogrzebowego powiedział  wyklepana formułkę, o tym jak dobrze będziemy wspominać zmarłego. Chciało mi się śmiać, nie wiem właściwie kto miał go dobrze wspominać. Przez kłótnie z mama, jego agresję i pociąg do alkoholu stopniowo oddalała się od nas rodzina. Znikało kuzynostwo, ciocie, wujkowie babcia i dziadek. Więc teraz siedząc tu z moim przyjacielem i facetem, do którego miałam mieszane uczucia, do prawdy nie wiem kto miałby ciepło i dobrze wspominać zmarłego.
Gdy staliśmy już na cmentarzu, a urna powoli sunęła w dół do grobu, czułam, że ktoś mnie obserwuje. Rozglądałam się, jednak nikogo nie widziałam. Objęłam swojego przyjaciela, poczułam się choć odrobinę bezpieczniej. Nie wiem czy popadałam już w jakąś paranoje, czy rzeczywiście ktoś mnie obserwował. Prawdopodobne, że oszalałam myślałam często o tym, że morderca mojego ojca jest na wolności, a co jeśli ma w planie wytłuc całą moją rodzinę? Ok, zwariowałam.
  Jake zaprosił mnie na obiad, właściwie nas, chociaż wiem, że Matt był mu nie na rękę. Siedzieliśmy w niewielkiej restauracji z włoskim jedzeniem, uwielbiałam makaron, to było jedyne słuszne jedzenie. Kiedy skończyłam swój obiad, Jake zaproponował deser, ja spasowałam. Oni? Ja nadal nie wiem dlaczego zaczęli rywalizować między sobą, ale patrzenie jak pożerają wielkie desery lodowe, a na ich twarzach maluje się zasłodzenie i oczywista chęć zwymiotowania sprawiało mi ogromną radość. Był remis.

- Nie mogę się  już doczekać waszej kolejnej rywalizacji.

- Następnym razem zobaczymy kto zje więcej ostrych papryczek - powiedział Jake podając pieniądze kelnerowi.

- Zamiast się upokarzać, może zrobimy rywalizację w dziedzinie, którą oboje dobrze znamy? - spytał Matt unosząc lekko brew, wow, cwaniaczek.

- Mianowicie?

- Zobaczymy kto lepiej radzi sobie z muzyką, wiem, że nagrywasz swoje kawałki, mam studio i chętnie się przekonam na co cię stać.

- Na więcej niż ciebie - Mruknął Jake, wstaliśmy od stołu. Polubiłam te ich starcia. 


   Pożegnałam się z przyjacielem i wsiadłam do samochodu Matta, to był mimo wszystko intensywny dzień, czułam, że coraz bardziej opadam z sił. Nie wiedziałam też, czy dam radę odwiedzić moją mamę. Nim podjęłam ostateczną decyzje, zadzwoniłam do szpitala. Dowiedziałam się, że jest z nią nieco lepiej niż wczoraj, wszystko zasługa nowych leków. Ucieszyłam się, potrzebowałam takich informacji, dodawały mi siły do dalszej walki. Pielęgniarka powiedziała mi jednak coś, co mnie zaniepokoiło. Moja mama ma gościa, od godziny rozmawia z jakąś kobietą. Uprzedziłam, że dzisiaj raczej mnie nie będzie, poprosiłam żeby przekazać to mamie, bo może się martwić.

  Dojechaliśmy do domu, marzyłam jedynie o chłodnym prysznicu, bo pogoda dzisiaj była okropna. Słońce grzało niemiłosiernie, a w ciemnych ciuchach moje ciało cierpiało jeszcze bardziej. Byliśmy sami, Matt powiedział, że idzie się przebrać a potem będzie w studiu, jeśli chcę mogę dołączyć. Najpierw wcale nie chciałam tam iść, ale jak zwykle prysznic okazał się zbawienny i świeża w czystych ubraniach zakradłam się do jego samotni. Pracował nad kawałkiem dla zespołu, nie zagłębiałam się w ich twórczość. Kiedy się o tym dowiedział, zrobił mi szybką podróż przez historię zespołu, muzyczną, bo opowieści z ich życia nie słyszałam, może to i lepiej.
  Było późne popołudnie, nadal byliśmy sami w domu. Śpiewałam kolejny utwór do którego na pianinie przygrywał mi Matt. Nie miało się wydarzyć dziś już nic ekscytującego, no właśnie... nie miało, a jednak. Gdy przestał grać otworzyłam oczy, patrzył na mnie przenikliwie. Wstał i podszedł do mnie, objął w talii i przyciągnął bliżej swojego ciała, położyłam dłonie na jego klatce piersiowej chcąc go odepchnąć od siebie. 


Dobra, wcale nie chciałam...

15 komentarzy:

  1. uuuuu Mattt ty napalony samcu Alfa..
    no w takim momencie przerwać? chyba sobie żartujesz o.o
    pisz pisz, bo z niecierpliwością czekam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napalony samiec hahaha, tak to cały on.
      Pisze, piszę w pocie czoła ;D

      Usuń
  2. Jezuuu no! Teraz jak na szpilkach będę czekała kiedy będzie nowy! W takim momencie,,,
    Jego się nie odpycha, jego się ciągnie za sobą. Najlepiej na łóżko, ale zwykła komoda czy jakaś szafka, tudzież ściana też może być ;)
    Mam nadzieję, że nastąpi zapłodnienie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm hm hm ;> ściana brzmi kusząco, albo kanapa ;D Do łóżka chyba nie dojdą, albo on nie dojdzie, coś między jego nogami mu skutecznie uniemożliwi chodzenie ;D

      Usuń
    2. Hahahaha wspominałam kiedyś, że Cię kocham za te teksty? :D

      Usuń
    3. Nie, pierwsze słyszę ;D hahaha

      Usuń
  3. hmmmm chyba szykuje sie hotttttttt :D

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja dalej nie czuję, że oni się bzykną. Serio. To byłoby takie... nie w twoim stylu O.o A gdzie jakieś jebudup czy coś? Bo szczerze? Chyba wolę, żeby teraz koń wkroczył, niż żeby później walnęłaś z grubej rury tak, że ja się nie pozbieram :( Cały czas drżę o moje biedne serce, które tak bardzo pragnie jednorożców, ale z drugiej strony wie, że nie będzie tak pięknie...

    Hy hy hy walka dwóch samców hy hy hy :D Matt taki groźny ojojojoj. A tak serio to *___* Mój bosze, czy Ty też widzisz te jego zielone oczy, kiedy patrzą groźnie i z zazdrością? I później, w domu, kiedy przyciągnął ją do siebie O.O (ciężki oddech). NO RACZEJ, ŻE NIE CHCIAŁA!!!

    Ale tak naprawdę, to bardzo mi J. szkoda. Musi być strasznie zagubiona w tym wszystkim i nie wiem, czy pakowanie się w to wszystko wyjdzie jej na dobre. Nie jestem pewna, czy Matt będzie potrafił się nią zaopiekować. On chyba tak naprawdę sam nie wie, czego chce. Albo inaczej. Jak to kiedyś napisała Kasia, chciałby zjeść ciastko i mieć ciastko. Ale mój drogi Macioszku, takie rzeczy tylko u Ami. Ty musisz się zdecydować. Albo koń albo Julia. Nie wiem nad czym się tu w ogóle zastanawiać, ale on jest facetem. Nie wymagajmy zbyt wiele^^

    Czekam na następny z niecierpliwością, bo chcę w końcu wiedzieć co wymyśliłaś!!!!!!!!!!!!
    Buziole, Pat :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Myślę, że rozwój akcji w studiu Cię zaskoczy, bo nawet ja czuje się zaskoczona tym co zrobiłam ;D

    Walka kogutów, Matt już nastroszył swój grzebyk :D może kiedyś dojdzie do mordobicia ;D

    Punkt dla Ciebie, Julia jest zagubiona i łatwo daje sobą sterować, jest porywcza, nie myśli zanim coś zrobi a konsekwencje będzie brała na siebie. Cóż, życie ostre jak maczeta ;)

    :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Noooo urwać w takim momencie...a nich Cię....

    Zaczyna być ostro, ale to jeszcze nie to, jeszcze się nie bzykną :( tak czuję , co mnie bardzo smuci :( :(

    Jednak uważam,że powinni się jeszcze wstrzymać nie wiem dlaczego tak uważam, ale uważam :/

    Z nieierpliwością czekam na dalszy rozwój wypadków
    Buziole :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Chyba tym razem dobrze, że mam poślizg w nadrabianiu rozdziałów, bo będę na kolejny czekać krócej niż inni.
    Marne to pocieszenie ale zawsze...Jak mogłaś? Ośliniłam się jak pies na kość, a tu koniec.
    Ej...nie ładnie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze troche trzeba bedzie sie z ta ślina pilnować :)

    OdpowiedzUsuń